|
Zakładki:
Miij vreundin :)
|
sobota, 14 listopada 2009
wiatr i zawierucha
Z okazji zmiany pogody na szarawą... tak delikatnie mówiąc... trochę atmosfery jesiennego miasta. ach te ciasne uliczki... i trochę czrnego humoru a w oknie obok...
wtorek, 10 listopada 2009
poniedziałek, 09 listopada 2009
troszkę smaków Gent
Obiecane kilka obrazków z Gandawy to tak antydeprasyjnie :) no i jak miały być smaki to konsekwentnie: tradycyjna kuchnia Belgijska, czyli na lunchu u Margarety. Oraz kilka klasyczych obrazków z miasta: znajome z Citadelpark :) najszybszy środek transportu z Bijloke na Akademiestraat :) A tu sobie mijałam spokojnie jedną z wielu kawiarenek w centrum i dopiero po kilku krokach nagle mnie tchnęło, że coś jednak nie tak... i musiałam sie wrócić :) A na deser moja ulubiona wystawa sklepu z zabawkami niedaleko KASK. Smacznego :)
sobota, 07 listopada 2009
w zadośćuczynieniu za długą przerwę, dużo obrazków charakterystycznych :)
Po pierwsze kilka widoków z miasta
a teraz obrazek zwany przeze mnie ślinoociekaczem: i coś dla wielbicieli słodkości z procentami: ... tak to wszystko są tylko i wyłącznie piwa - we wszystkich możliwych smakach. I kilka obrazków z Brukseli: wyobrażcie sobie puste Aleje Trzech Wieszczów po krórych poruszają się tylko rowery i komunikacja miejska... marzenie? Nie... to Bruksela :) i jak Belgowie walczą z depresją... A jutro na tapecie będzie Gent :)
czwartek, 29 października 2009
Gdzie można poznać polską jazzman'kę czyli zaczarowany dom Marleny
Otóż to. W Krakowie to się człowiek gimnastykuje żeby poznać kogoś znanego. Do klubów chodzi, na koncerty biega i wkręca się na imprezy vipowskie i co? I zazwyczaj dalej nic. A tu proszę bardzo. Wystarczy mieszkać z Marleną a znani i lubiani sami do Ciebie przychodzą. I jeszcze odrazu traktują jak swoją, bo okazuje się że śpisz w ich łóżku, albo zajmujesz ich komodę albo nie wiadomo co jeszcze. Tak... dochodzę do wniosku, że Marlena zna wszystkich - albo co lepsze - wszyscy w Belgii znają Marlenę. W pewnym sensie ta niepozorna urocza starsza pani jest zapaloną kolekcjonerką, a ja zdaję się być jej najświerzszym okazem w okazałej kolekcji artystów, muzyków, designerów i naukowców jakich wychowała pod swoim dachem jako "kot madame" (czyli pani która wynajmuje pokoje studentom w swoim domu). A teraz wszyscy Ci znani i niekoniecznie znani ludzie wpadają tu z nienacka na kawę i co rusz przyprawiają mnie o palpitacje i migotania zastawek. Weźmy chociaż ostatnią sobotę. "Mam do Ciebie ogromną prośbę" powiedziała Marlena "Czy mogłabyś odebrać ze stacji Aleksandrę? Ja będę musiała jeszcze zająć się naszymi gośćmi i nie dam rady." No oczywiście że się zgodziłam, ale dla pewności jeszcze dopytałam: "Aleksandrę? Jaką Aleksandrę?" "Aleksandrę Kwaśniewską oczywiście" zastrzeliła mnie Marlena. I dla jasności dodam że nie chodzi tu o prezydentównę a o pewną znaną piosenkarkę jazzową, która na codzień mieszka w Londynie i jak się okazuje nagrywa swój najnowszy album w Belgii z synem Marleny, Nielsem. Nareszcie mogłam pogadać sobie po polsku! Posiedziałam z zespołem na próbie i świtnie się bawiłyśmy tłumacząc chłopakom polskie teksty (co przy poezji Poświatowskiej jest raczej zabawną sprawą - bo jak tu im wytłumaczyć co to znaczy że pachniesz zmiętym liściem...). Na koniec wymieniłyśmy się adresami. Naprawdę fajna osóbka :) Muzykę też bardzo polecam: http://www.aleksandrakwasniewska.com/ oraz http://www.myspace.com/aleksandrakwasniewska
środa, 14 października 2009
przeminęło z wiatrem jakby z bicza trzasnął - pierwszy miesiąc za mną :)
Zdecydowanie muszę się podciągnąć z wydawaniem nowych postów, bo ostatni, wstyd się przyznać, pojawił się już jakiś czas temu. Mieszkam już w Gent prawie miesiąc ( bez 3 dni) więc może małe podsumowanie miesięcznych osiągnięć upartej erazmusowiczki. 1. Nadal żyję, studiuję i jeszcze mam fundusze na dalszą egzystencję. A jest to nie lada osiągnięcie przy belgijskich cenach (fundusze), kierowcach autobusów i tramwajów (to a propos "żyję" i hasła rower) oraz frustracji wywołanej codziennym ośmiogodzinnym wysłuchiwaniem tegoż jakże pięknego języka zwanego flamandzkim (choć szczerze mówiąc poddaję się tak ze dwa razy dziennie). Na wszystko jest jednak sposób - do kierowców szeroko się uśmiecham to mnie przepuszczają (działa zwłaszcza kiedy jedzie się na rowerze w minispódniczce), jak wykładowcy się zapominają i zaczynają do mnie mówić po flamandzku to odpowiadaam im po polsku (to zawsze działa na nich bardzo trzeżwiąco) a na ceny... na ceny to już nic nie poradzę, chyba że w sklepach tureckich, jak się jest blondynką to można zaczarować rabat 50% (o ile w pobliżu nie ma szanownej małżonki pana Turka). 2. Powoli wkradam się w serca oziębłych flamandów ( choć po wczorajszej imprezie to możnaby spokojnie powiedzieć że już nie tak powoli i że nie tak oziębłych - ale to wszystko wyłącznie zasługa wujkowej miodówki - dziękuję i ściskam z całych sił producenta!). Trzeba powiedzieć, że flamandowie mają w sobie coś z angielskiej flegmy, francuskiej wyniosłości i niemieckiego ordungu przy pierwszym kontakcie, ale kiedy już kogoś do siebie dopuszczą to odzywa się w nich gorące hiszpańskie serce. I tak po paru tygodniach mam już zaprzyjaźnionego pana sprzedawcę ze sklepu obok, który odkłada dla mnie kartoniki i zawsze się do mnie promiennie uśmiecha o poranku wołając przez całą ulicę (uwaga zapis fonetyczny!) "huje morgen!" - no i jak tu sie mu nie odwzajemnic uśmiechem za takie powitanie. I oczywiście moi znajomi z zajęć - grupa z fashion przygarnęła mnie serdecznie do siebie i traktują jak maskotkę-zwierzaczka-roślinkę, co to trzeba dokarmiać, podlewać i troszczyć się żeby nie zwiędła ( tylko ciekawe co się z tego wykluje, no ładne kwiatki oczywiście:). Grupa z textile nadal mnie ignoruje - bo zadaję się z fashion a to jest występkiem niewybaczalnym (no zupełnie jak u nas design i konserwa) a grupa z graphic spogląda wciąż z zafascynowaniem jak to możliwe, że dziewczyna z russolandu (nie ważne czy polak, rosjanin, ukrainiec - wszyscy jesteśmy dla nich russolandy) umie obsługiwać photoshopa i w dodatku wie coś o poligrafii - wow... nie wspominając już o tym że umiem obsługiwać ich apple a oni nie potrafią mojego pc-cika :) ha ha ha... i tak sobie żyjemy wszyscy w układzie pseudosymbiotycznym. 3.Miasto zaczyna podobać mi się coraz bardziej, bo już nie gubię się przy każdym rozgałęzieniu uliczek a i pogoda mi sprzyja bo oto dziś znowu wyszło słoneczko! I jest pięknie. Nie wspominając już o Brukseli, w której bywam zaskakująco często (oczywiście wszystko w sprawach służbowo-uczelnianych) i innych miasteczkach które zdążyłam odwiedzić np przy okazji wizyty w muzeum butów. Chyba zaczynam się zadomawiać.
poniedziałek, 05 października 2009
niezbędnik erazmusa :]
Otóż jak widnieje w tytule, szacowny Uniwersytet Gandawski postanowił powitać (po 2 tygodniach od rozpoczęcia zajęć!) swoich studentów z zagranicy, aby przekazać im kompendium (już niepotrzebnej) wiedzy na temat tego gdzie należy się zarejestrować zaraz po przyjeżdzie (!), jak trafić na zajęcia (po 2 tygodniach znam już drogę na pamięć), gdzie można znaleść stołówkę (chybabym umarła z głodu do tego czasu)... i wiele innych ważnych informacji które zdążyliśmy nabyć samodzielnie przez te 2 tygodnie, kiedy pozostawieni byliśmy na łaskę życzliwych nam przygodnych ludzi. Nie mniej aby osłodzić nam 2 godzinne spotkanie informacyjne (pół na pół po flamandzku i angielsku, czyli jak nie rozumiesz Dutch to i tak nie dowiesz się połowy) uczelnia zafundowała każdemu studentowi paczkę powitalną. Skład niezwykle interesujący:
W szczególności na uwagę zasługuje punkt przedostatni :) No aż się zaczerwieniłam... PS. A jak się mogę pochwalić, to tkanina którą widać w tle pod komputerem to moje dzisiejsze dzieło z zajęć :) 4 godziny programowania maszyny, godzina układania tkanin jedna na drugiej, jeszcze godzina poszukiwania odpowiednich nici wełnianych i voila! gotowa narzuta (tylko wykończeń brak...). No normalnie dumna i blada :D PS. PS. Specjalne pozdrowienia dla Beti :) dlaczego? bo zasłużyła ;p za dzielność i podpięcie sobie wreszcie internetu;D Link do Lubljańskiej eskapady panny Beaty po lewej u góry.
poniedziałek, 28 września 2009
Zupa nie jest cool, czyli co jedzą belgijscy studenci w czasie lunchu
"Kantina" czyli tutejsza stołówka studencka praktycznie wogóle nie przypomina naszego ulubinego przybytku na Jabłonowskich. Każdy zabiera swoją tackę (to jeszcze możnaby zaliczyć do podobieństw, ale nawet tacji takie jakieś bardziej designerskie, drewniane) i idąc jak w supermarkecie pomiędzy półkami zgarnia się to, na co ma się ochotę. Trudno powiedzieć ile jest możliwości, ale z grubsza to tak pięć rodzajów kanapek (każda w dwóch wariantach pieczywa), pięć dań ciepłych, trzy sałatki ( pięć sosów), zupa dnia, ok dziesięć rodzajów napojów i owoce lub warzywa na surowo. Oczywiście kawa, hebata, croissanty, chipsy i inne słodycze a także jakieś deserki których charakteru nie jestem w stanie określić. Cen na produktach nie ma , bo jaki student przejmowałby sie takimi drobnymi...więc jako skromny student z Polski na jeszcze skromniejszym stypendium, wzięłam miseczkę zupy dnia (pyszny krem ze szparagów), bułeczkę z ciemnego pieczywa i kawę z mlekiem. Jakież było moje zdziwienie kiedy w kasie zamiast spodziewanych przeze mnie 5€ (tyle płaci się w miejscowych kawiarniach) uśmiechnięta pani zażądała dokładnie 1€ (zupa 0.40 bułka 0.20 kawa 0.30 mleko 0.10). Teraz już rozumiem dalczego nikt tutaj nie zwraca uwagi na ceny. Kiedy jednak usiadłam przy jednym z wielu kilkuosobowych stolików rozmieszczonych na dwóch piętrach, okazało się że moja zupa nie jest cool, bo tutejsi studenci uważają ja za danie dla staruszków. Typowa studentka pochłania 1 porcję sałatki (sos tylko light, warzywa tylko bio), puszkę dietetycznej coli lub butelkę soku pomarańczowego (bio oczywiście) i koszyczek malin na deser. Typowy studnt natomiast miskę frytek, słuszną porcję lasagne, bułkę z pastą rybną po pijając to redbullem albo schwepsem a na koniec tarta owocowa albo pudding czekoladowy (na raz!). Pierwszy raz poczułam się naprawdę ubogo z moją zupką... Dodam jeszcze że kantina otwarta jest tylko w czasie lunchu, czyli od 12.30 do 13.30 w związku z czym już przed otwarciem ustawiają się kolejki. Najprawdziwsze socjalistyczne kolejki jak za papierem toaletowym czy coś takiego, bo jadyne jakie ja pamiętam to te do wyciągów narciarskich w Słowacji w latach '90-tych. Nie oparłam sie pokusie i zaprezentuję właśnie kolejkę do stołówki już po otwarciu: i w środku:
i może jeszcze kilka fotek z mojego wydziału, ale najpierw jedna z wielu akcji organizowanych przez samorząd studencki, w tym wypadku darmowe rozdawanie ciasteczek, przez samorząd tak aby każdy mógł osobiście poznać jego członków.
fasada wydziału sztuki trochę wnętrz naszego wydziału:
jak widać akcje studenckie we wnętrzach są dozwolone :) wszystkie ściany dla studentów!
jak widać nie tylko ASP boryka się z problemem rozsypu siedziby :) tu jednak uznajmy grzyb sufitowy za część instalacji artystycznej... :)
i nasza pracownia mody:
a tak się tu traktuje dziekana...
... i nikt sie na to nie obraża. Kto z WFP to załapie sens.
i może jeszcze pewne kuriozjum na które wpadłam dziś przypadkowo w zakamarkach mojego wydziału:
najprawdziwszy kącik socjalistyczny! tak mi się jakiś swoisko-słowiańsko zrobiło :) oraz na koniec jedno z moich ulubionych, czyli dowód na pełne zaadaptowanie budynku dla osób tylko pełnosprawnych a nawet rzec by można bardzo sprawnych, czyli wejście do prasowni malarstwa plenerowego (co ja bym nazwała zwyczajnie dachem, ale tak to chyba jest na uczelniach sztuk pięknych że należy udziwniać).
środa, 23 września 2009
O mac-ma-mia!
Siedze na zajeciach z ilustrowania i layoutu. Tak przynajmniej widnieje w planie zajec. W praktyce to taka nasza informatyka. Co dla mnie zadziwiajace, studenci 3 roku zaczynaja dopiero uczyc sie komputera - jak wlaczyc, jak ustawic ostrosc monitora i takie tam. Dla mnie byloby super, bo tutaj pracuje sie na macach i nareszcie mialabym szanse gruntownie zaznajomic sie z systemem, ale oczywiscie zajecia prowadzone sa "in Duch". Nienawidze ich... i tak juz od 2 godzin siedze przed monitorem i zgaduje co jest tematem wykladu. Trzeba jednak przyznac ze pracownie sa swietnie wyposazone. Kazdy student ma swoje machintoschowskie stanowisko z pelnym pakietem programow. Co i tak nie zmienia faktu ze wszystkie sa po holendersku... :/ *** I chciałabym dodać, że finalnie zajęcia trwały 3 godziny 46 minut i 32 sekundy. Nawert prawdziwe tureckie kazania nie mogą byc tak długie. To była raczej chińska tortura.
wtorek, 22 września 2009
to się zaczęło...
Cóż... jak wiadomo wszystko co dobre kiedyś się kończy. Wakacje też. Wolne dni w Belgii też. Wycieczki do Brukseli też. A nawet edukacja w zrozumiałym języku. Okazuje się, że nie ważne czy jesteś Flamandem, Walonem, Francuzem, Polakiem czy kimkolwiek innym w Gent zajęcia na wydziale sztuk pięknych masz po Flamandzku. Niezwykle optymistyczna wizja rozciągnęła się więc przed mym umysłem już na pierwszych zajęciach z konstrukcji (modetechnologie) z których zrozumiałam tylko ilustracje i że "hud" rysuję (czyli chyba że dobrze). Jak dla mnie to wszystko czego nauczyłam się w Krakowie może odejść narazie w głęboką niepamięć bo Flandrowie na wszystko mają swoje metodologie inne niż wszyscy i na konstrukję ubrań też. Nie mniej dzięki giętkości umysłu wypracowawanego na zajęciach u niezapomnianej profesor Tarnawskiej (geometria wykreślna jakby ktoś nie wiedział) i moim nadnaturalnym uzdolnieniom matematycznym (kto mnie zan to wie o co chodzi) poprzeliczałam wszystko z ich na moje (czyli z 'inczów', cali na centymetry) i jakimś cudem załapałam co i jak. Pierwsza konstrukcja dolnego okrycia beznogawkowego (chyba to miała być spódnica ale nie dam głowy) zaliczona. Wykładowcy mówią po angielsku lepiej lub gorzej - różnie bywa - ale zawsze niechętnie. Chyba chcą mnie zdopingować do szybszej nauki flamandzkiego. I owszem, owszem na kurs języka miejscowego również chadzam. Wykładowca udaje że nie rozumie i nie mówi po angielsku, wszystkie formularze podtykane nam do podpisywania też są po flamandzku więc właściwie narazie podpisuję w ciemno ( mam nadzieję że jakby co to sąd orzecze ich nieważność skoro nie znam ich treści). 80% studentów na zajęciach jezykowych to hiszpanie, którzy nie znają żadnego języka poza swoim własnym i dzięki temu nauczyłam się już na zajęciach z flamandzkiego kilku zwrotów po hiszpańsku. Paradoks, ale pożyteczny. Oprócz tego jest jedna czeszka, kilku turków, szwedzi i francuzi. Zaryzykowałabym stwierdzenie że jesteśmy uroczą gromadką. Tym bardziej że pośród hiszpanów znalazła się dziewczyna imieniem Barbara Rodrigez (jej 'typowo' hiszpańskie imię zwróciło moją uwagę), która okazała się być w połowie rodaczką - po mamie. Muszę przyznać, że dzisiaj znowu dokonałam podobnego odkrycia, kiedy na zajęciach z graphic design usiadłam przypadkowo koło Kristofa Jagielly - rodzonego belga, którego ojciec pochodzi z Bolesławca. Mogę więc spokojnie powiedzieć że czuję się jak w domu. Nie rozumiem co do mnie mówią, ale wszyscy starają się być mili kiedy do nich zagaduję, obojętnie w jakim języku. |